Mój pierwszy Maraton: Rzeszowski

8 października 2017 roku nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Najważniejszy dzień biegacza amatora, któremu przyjdzie się zmierzyć z królewskim dystansem 42km 195m. Dystans niegdyś uważany za ekstremalny wysiłek dla człowieka, a teraz jakże modny i popularny. Każdy może się przecież zapisać i spróbować swych sił w maratonie. Nie są wymagane żadne badania, pozwolenia, czy egzaminy wstępne. Zapisujesz się i biegniesz. Na swoją odpowiedzialność.

Moje doświadczenie w biegach

Podobnie jak większość odpowiedzialnych biegaczy zaplanowałem swój debiut z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, by móc, w miarę możliwości, przygotować się dobrze do tak długiego dystansu. Zawsze słyszałem od znajomych, którzy biegają i mają większe doświadczenie, że półmaraton może przebiec każdy, ale maraton, to jest inna bajka – do tego trzeba podejść z głową. W tym miejscu, od razu dodam, że moja przygoda z bieganiem zaczęła się 2,5 roku temu. Wcześniej nigdy nie biegałem i na początku nie byłem w stanie przebiec dystansu 1km w całości. Mam za sobą jeden start na 5km, dwa biegi na 10km i dwa półmaratony, w tym jeden przebiegnięty w bieżącym roku. Uznałem więc, a było to w maju, że mój staż biegowy i regularne bieganie 2-3 razy w tyg. uprawniają mnie do przejścia na kolejny etap w ewolucji biegacza.

Mój trening i przygotowania do maratonu

Zapisałem się więc na trening personalny do zaprzyjaźnionej trenerki, która sama jest biegaczem długodystansowym i ma duże doświadczenie w przygotowaniach takich zapaleńców jak ja. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę! Na początkowych treningach dostałem co prawda w kość, ale przynajmniej poznałem swoje miejsce w szeregu i uświadomiłem sobie jak dużo mam braków w przygotowaniu fizycznym. Szybko okazało się, że moje mięśnie brzucha są w zaniku, nie mówiąc o ramionach czy klatce piersiowej. Pomyślałem sobie, że w jakiś magiczny sposób nie używałem do tej pory tych mięśni podczas swoich treningów biegowych i byłem bardzo ciekawy korzyści, jakie może mi przynieść wzmocnienie tych partii ciała. Dodatkowo, co spowodowało osłupienie trenerki nigdy, ale to przenigdy nie rozciągałem się. Do tej pory pamiętam okropny ból rozciąganych po raz pierwszy w historii mięśni, chciało się wyć z bólu.

Na poranne treningi dojeżdżałem rowerem przemierzając cały Rzeszów wzdłuż, więc rozgrzewki miałem z głowy. Mogłem od razu przystąpić do starannie przygotowanego na dany dzień zestawu ćwiczeń. Czasem trzeba było zacisnąć zęby przy ostatnim powtórzeniu, ale muszę przyznać, że ćwiczenia były zawsze dobrane do mojej aktualnej formy i możliwości. Po kilku treningach czułem się wzmocniony, z większą łatwością zabierałem się do ćwiczeń, zauważyłem też większą wytrzymałość mięśni podczas biegu. Podczas jednego spotkania otrzymałem również bardzo ciekawy dla mnie instruktarz rolowania wałkiem, którego niestety nie udało mi się jeszcze odtworzyć w warunkach domowych. Trenerka rozpisała mi również dokładny plan treningów biegowych. W każdym tygodniu miałem 2 krótsze biegi + jedno długie wybieganie + 2 treningi w salce treningowej. Choć nie zawsze dokładnie przestrzegałem zaleceń, nie opuszczałem nigdy treningów, nawet podczas urlopu w upałach.

Wszystko to, dodawało mi pewności i utwierdzało mnie w przekonaniu, że jestem w stanie przebiec maraton i że z każdym dniem przybliżam się do założonego celu. Nurtowało mnie tylko pytanie: w jakim czasie?

Zupełnie przypadkiem okazało się, że mój znajomy jest byłym zawodnikiem miejscowego klubu lekkiej atletyki, który nadal od czasu do czasu podtrzymuje formę. Gdy usłyszał, że przygotowuje się do maratonu umówił się ze mną na lokalnym boisku na wspólny trening. Miło było posłuchać kilku wskazówek od kogoś, kto profesjonalnie bawił się bieganiem. Choć ogrom informacji i rad na początku nieco mnie przytłoczył. Z profesjonalnym sportem, technikami, terminami nie miałem w końcu nic wspólnego. Później umawialiśmy się jeszcze kilka razy (raz 2 tygodniu) na konkretne treningi na bieżni, przy okazji zabierając na nie naszych synów i zaszczepiając w nich tą formę aktywności fizycznej. Dzieciaki miały frajdę, a my w pocie czoła kręciliśmy kolejne odcinki. Muszę przyznać, że dawno nie dostałem takiego wycisku, samemu nie chciałoby mi się tak nad sobą znęcać, a jako przyszły maratończyk nie mogłem tutaj zawieźć. Po kilku stadionowych treningach wytrzymałościowych, moje długie wybiegania stały się jakby łatwiejsze. Czułem, że na końcu biegu zostaje mi jeszcze zapas.

Miałem dwóch trenerów, regularnie ćwiczyłem wkładając w przygotowania dużo wysiłku. Każdego dnia czułem się bardziej pewny siebie. Pewne obawy budziły we mnie rozpisane w planie treningowym dwa, bardzo długie wybiegania po 30km. Nigdy wcześniej nie przebiegłem dłuższego dystansu niż półmaraton i to mnie trochę niepokoiło. Do pierwszej trzydziechy podszedłem bojowo, dobrze zmotywowany, ale jednocześnie bardzo ostrożnie jeśli chodzi o tempo biegu, pilnując bezwzględnie trzymać się w przedziale 5:35 – 5:40 min/km. Ostatecznie przebiegłem go w tempie 5:38, do samego końca utrzymując tempo, z czego byłem bardzo zadowolony. Drugą trzydziestkę zacząłem nieco bardziej rozluźniony, ale za to szybciej. Biegłem w tempie 5:30, po 20km nie utrzymałem prędkości i ostatecznie cały trening ukończyłem z prędkością 5:36. Pod koniec biegu doskwierał mi rwący ból w udach, ale uznałem, że to pewnie miałem gorszy dzień lub byłem nieco przetrenowany.

Dzień, w którym stanąłem na starcie

W dniu biegu wiedziałem już, że przyjedzie mi się zmierzyć z dystansem dłuższym niż treningowe 30km i tak naprawdę ten ostatni odcinek 12 kilometrowy, nieznajoma mi do tej pory część biegu może okazać się najtrudniejsza. Byłem świadomy zagrożenia, wszyscy dookoła powtarzali mi, “nie szalej na początku” bo potem będziesz mieć problemy. Wszystko to miałem w głowie dopóki nie stanąłem na linii startu. Nie wiem czy adrenalina może powodować głupotę, ale już od początku zapomniałem o zasadach, których miałem bezwarunkowo się trzymać. Na dokładkę 3 razy zatrzymywałem się, by wiązać buty (ostatecznie zawiązane na supeł) co wyprowadziło mnie z równowagi i w przypływie wściekłości popchnęło w kierunku pana z koszulką z napisem “3:45” (sugerowany wynik w maratonie) .

O takim czasie można tylko pomarzyć …

I tutaj pragnę nadmienić, że moim celem było przebiegnięcie maratonu poniżej 4:00 (tempo 5:41/km). Wdarłem się (dzięki sznurówkom) do obszaru “lepszego sortu” diabełek namówił mnie bym został w tym zakazanym obszarze i trzymał tempo. Okazało się, że peacemaker biegł nieco szybciej niż zakładane 5:19/km, nawet w tempie 5:15/km, jakby chciał zostawić zapas, by móc zwolnić i finalnie dotrzeć w czasie 3:45. Pierwsze 10km pokonałem w czasie około 53 minut. I tak przebiegłem 21 km uśmiechnięty, w dobrym nastroju machając na półmetku kibicom nieświadomy chwil, które miały mnie jeszcze spotkać niebawem.

A końcówka wyglądała tak …

Po 23km poczułem się osłabiony i podjąłem decyzję żeby trochę odpuścić i zwolnić. Pan w koszulce z 3:45 bardzo powoli zaczął się oddalać wraz z otaczającą go grupką, wtedy jeszcze wydawało mi się, że wszystko mam pod kontrolą. Myślałem – dobrze jest – mam duży zapas, nawet jeśli osłabnę to i tak dam radę dobiec poniżej 4:00. Nie traciłem optymizmu, choć uda zaczęły rwać i czułem już w kościach kilometry – ogólnie było ok. Do czasu gdy na 26 km złapała mnie kolka. Czasem łapała mnie podczas treningów, zwalniałem, równałem oddech i przechodziła. Nie wpadałem więc w panikę, ale skoncentrowałem się na tym, by w jakikolwiek sposób się jej pozbyć. Na początku więc zwolniłem starając się oddychać głęboko, ale nie dało to żadnych rezultatów. Wszelkie moje wysiłki sprawiały, że kolka zamiast zanikać jeszcze bardziej się pogłębiała. Zdecydowałem się zatrzymać, na szczęście w pobliżu był punkt odżywczy i większość biegaczy przynajmniej zwalniała chcąc uzupełnić płyny z plastikowego kubeczka. Dodatkowo, choć miałem przy sobie żele i izotonik skusiłem się na kawałek banana i czekolady.

Przerwa trwała ok minuty, po tym czasie moje dolegliwości ustały i wszystko wskazywało na to, że nie będzie dramatu, że to tylko chwilowa usterka już naprawiona. Po kilkuset metrach biegu okazało się jak bardzo byłem w błędzie. Kolka powróciła ze zdwojoną siłą jeszcze mocniej uciskając miejsce pod prawym żebrem. Zaczęła się szarpanina i przeplatanie. Kawałek biegłem i kawałek w marszu i walki z kolką. Głębokie oddechy przynosiły chwilową ulgę, ale gdy tylko zaczynałem biec, kolka wpijała mi się z powrotem w żebro i każde stąpnięcie sprawiało jeszcze większy ból, aż do momentu, gdy był on nie do wytrzymania i musiałem się zatrzymać. Walka z kolką trwała już do samego końca. W międzyczasie próbowałem jeszcze dotrzymać kroku grupce skupionej wokół pana z koszulką 4:00, która pojawiła się nie wiadomo kiedy przede mną, ale pomimo zaciętej walki nie dałem rady.

W tym momencie przestałem być już optymistą, wszelkie myśli kierowałem teraz na tym, żeby jakoś to przetrwać i dotrzeć do mety. Na ostatnich kilometrach, oprócz kolki dały mi się we znaki: rwanie w udach i piekące stopy. Do tego rodzaju atrakcji byłem przygotowany mentalnie, ale nie spodziewałem się kolki, której w dodatku, w żaden sposób nie dało się opanować. Ostatnie 2 kilometry przebiegłem w grupie “biegaczy z problemami”. Każdy z nas musiał przeplatać bieg marszem, zaciskając z bólu lub wycieczenia zęby, by dotrwać do końca. Wiem, że nie powinienem sie znaleźć w tym towarzystwie “zombiaków”.

Wychodzę z wirażu – ostatnie 50 metrów!

Podsumowanie

Byłem wystarczająco dobrze przygotowany, by przebiec w założonym celu, nieco poniżej 4 godz. Ostatecznie dotarłem w czasie 4:10 min i maraton przesuwam do poprawki na przyszły rok. Wymyślę sposób na sznurówki, diabełek z kolką już się tak łatwo pojawi, a ja dobiegnę w dobrym nastroju, zadowolony z osiągniętego rezultatu.

Dzisiaj, dzień po biegu doskwiera mi przede wszystkim ból w nogach, szczególnie udach. Schody są wyzwaniem, kucnąć nawet nie próbuję, kolano trochę szwankuje. Wiem, że te dolegliwości szybko miną, muszę dać sobie kilka dni na regenerację i wznawiam treningi.

Już zapisałem się na bieg 10km 11-tego listopada 🙂

Maratończyk z Rzeszowa